
Spór o brak Ukraińców na defiladzie przypomniał wspólną walkę z Rosją, ale też pokazał, komu politycznie służy polsko-ukraiński konflikt.

Brak ukraińskich żołnierzy na tegorocznej defiladzie z okazji Święta Wojska Polskiego wywołał w Polsce i wśród Ukraińców szeroką dyskusję. Ministerstwo Obrony Ukrainy poinformowało, że strona ukraińska nie otrzymała oficjalnego zaproszenia. Polska strona przekonywała natomiast, że nie należy traktować tego jako afrontu wobec Ukrainy.
Sama defilada jest tylko jednym wydarzeniem. Znacznie ciekawsze okazało się to, co wydarzyło się wokół niej. Dyskusja przypomniała bowiem historię, o której mówi się zdecydowanie mniej niż o najbardziej bolesnych kartach stosunków polsko-ukraińskich: o wspólnej walce Polaków i Ukraińców przeciwko bolszewickiej Rosji w 1920 roku.
Ukraińcy byli sojusznikami Polski
15 sierpnia nie jest przypadkową datą. Święto Wojska Polskiego obchodzone jest w rocznicę Bitwy Warszawskiej, jednego z najważniejszych zwycięstw w wojnie polsko-bolszewickiej. W tej wojnie Polska nie walczyła sama.
Józef Piłsudski i przywódca Ukraińskiej Republiki Ludowej Symon Petlura zawarli w 1920 roku formalny sojusz polityczny i wojskowy przeciwko bolszewikom. Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej liczyła w różnych momentach kampanii od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy i walczyła jako sojusznik Polski.
Jedną z najbardziej znanych postaci tego sojuszu był płk Marko Bezruczko, dowódca ukraińskiej 6. Dywizji Siczowej.
Dla naszego regionu ta historia ma szczególne znaczenie. Pod koniec sierpnia 1920 roku Bezruczko dowodził obroną Zamościa przed 1. Armią Konną Siemiona Budionnego. W garnizonie znajdowali się zarówno żołnierze polscy, jak i ukraińscy, a ukraińscy saperzy uczestniczyli w przygotowaniu fortyfikacji miasta. Obrona Zamościa zatrzymała siły Budionnego, a następnie doszło do wielkiej bitwy pod Komarowem. Więcej o polsko-ukraińskim sojuszu w 1920 roku.
Trzeba przy tym zachować historyczną precyzję. Główne siły ukraińskie nie walczyły 15 sierpnia bezpośrednio pod Warszawą. Toczyły walki na południowym odcinku frontu, wiążąc część sił Armii Czerwonej. Nie zmienia to podstawowego faktu: Polska i Ukraińska Republika Ludowa były w tej wojnie formalnymi sojusznikami i walczyły przeciwko temu samemu przeciwnikowi.
Historia tego sojuszu miała później gorzki finał. Po zawarciu przez Polskę rozejmu z Rosją bolszewicką armia ukraińska kontynuowała walkę samodzielnie. Po porażce jej żołnierze przekroczyli granicę Polski, zostali rozbrojeni i internowani. Józef Piłsudski, spotykając później ukraińskich oficerów, przepraszał ich za to, że los wspólnej walki zakończył się inaczej, niż planowano.
Prezydent przypomniał o Ukraińcach
W tym kontekście szczególnie interesujące były słowa prezydenta Karola Nawrockiego wygłoszone 14 sierpnia, w przeddzień Święta Wojska Polskiego. Podczas Apelu Pamięci na warszawskich Powązkach przypomniał, że obok Polaków przeciwko bolszewikom walczyli również Białorusini, Ukraińcy, Litwini i biali Rosjanie.
Nie ma dowodów, że wypowiedź prezydenta była bezpośrednią reakcją na dyskusję o niezaproszeniu ukraińskich wojskowych. Trudno jednak nie zauważyć jej symbolicznego znaczenia. Debata, która zaczęła się od pytania "dlaczego Ukraińców nie będzie na defiladzie?", przywróciła do publicznej rozmowy niemal zapomniany fragment wspólnej historii. Pełne wystąpienie prezydenta.
Kancelaria Prezydenta oddała hołd ukraińskim sojusznikom Polski
Tego samego dnia pojawił się jeszcze jeden ważny gest. 14 sierpnia, w przeddzień 106. rocznicy Bitwy Warszawskiej, minister Wojciech Kolarski w imieniu prezydenta Karola Nawrockiego złożył kwiaty na grobach żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej na Cmentarzu Prawosławnym na Woli w Warszawie.
Chodzi o żołnierzy armii Symona Petlury, którzy w 1920 roku walczyli u boku Wojska Polskiego przeciwko bolszewikom. Kancelaria Prezydenta RP podkreśliła w oficjalnym komunikacie, że byli to sojusznicy Polski w obronie przed bolszewickim najazdem i że część z nich spoczywa dziś w kwaterze oficerskiej cmentarza na Woli.
Minister Kolarski złożył również kwiaty na grobie rodziny Fedorońków. Szymon Fedorońko był naczelnym kapelanem prawosławnym Wojska Polskiego, kawalerem Orderu Orła Białego. Został zamordowany w Katyniu w 1940 roku. Jego synowie również związali swoje życie z Polską: Orest i Wiaczesław byli żołnierzami Armii Krajowej i polegli w Powstaniu Warszawskim, a Aleksander, pilot Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii, zginął w 1944 roku.
Ten gest ma szczególne znaczenie w kontekście obecnej dyskusji. W tym samym czasie, gdy trwa spór o brak ukraińskich żołnierzy na defiladzie 15 sierpnia, Kancelaria Prezydenta RP oficjalnie przypomina o ukraińskich żołnierzach, którzy ponad sto lat temu walczyli u boku Polski.
Nie ma podstaw, by twierdzić, że uroczystość była reakcją na internetową dyskusję wokół defilady. Sama jej forma i treść pokazują jednak, że pamięć o polsko-ukraińskim sojuszu 1920 roku pozostaje obecna także w oficjalnej polityce pamięci państwa polskiego.
W oficjalnym komunikacie Kancelarii Prezydenta napisano, że oddanie hołdu poległym było wyrazem pamięci i wdzięczności wobec tych, którzy ponieśli ofiarę w walce o wolność Polski. Szczegóły uroczystości na stronie Kancelarii Prezydenta RP.
Dziś Polacy również walczą po stronie Ukrainy
Ta historia ma współczesny ciąg dalszy. W Siłach Zbrojnych Ukrainy służą również obywatele Polski. Ich pełna liczba nie jest publicznie znana, dlatego nie ma podstaw, by mówić o tysiącach polskich ochotników.
Podczas prac parlamentarnych Ministerstwo Obrony Narodowej informowało o 71 formalnych wnioskach obywateli Polski o zgodę na służbę w Siłach Zbrojnych Ukrainy. 35 otrzymało zgodę. Jednocześnie wiadomo, że część Polaków podjęła służbę bez wcześniejszego zezwolenia, dlatego w 2026 roku polski parlament uregulował również sytuację takich ochotników.
Sens tej obecności jest symbolicznie podobny do wydarzeń sprzed ponad stu lat. Ukraina broni przede wszystkim własnego państwa. Jednocześnie zatrzymując rosyjską armię, zwiększa bezpieczeństwo Polski i całej Europy. Ponad sto lat temu ukraińscy żołnierze walczyli razem z Polakami przeciwko bolszewickiej Rosji. Dziś polscy ochotnicy walczą razem z Ukraińcami przeciwko rosyjskiej armii.
Radykalna prawica nie jest tylko obserwatorem tego konfliktu
Nie można jednak opisywać obecnego wzrostu napięć tak, jakby pojawił się sam z siebie. W Polsce istnieją środowiska polityczne, które od dłuższego czasu budują kapitał polityczny na radykalnie antyukraińskiej retoryce. Szczególnie widoczne jest to w środowisku Grzegorza Brauna oraz części szerszej radykalnej prawicy.
Braun wielokrotnie występował przeciwko pomocy dla Ukrainy i przedstawiał ukraińskie państwo w języku zbieżnym z częścią rosyjskiej propagandy. W Parlamencie Europejskim określał władze w Kijowie jako jeden z najbardziej skorumpowanych i zabójczych dla własnych obywateli reżimów w Europie. Wcześniej razem ze swoimi sympatykami usuwał ukraińską flagę z Kopca Kościuszki w Krakowie. W 2026 roku prokuratura ponownie zajęła się tą sprawą.
To nie są już pojedyncze internetowe komentarze anonimowych użytkowników. Mówimy o politykach posiadających mandaty, dostęp do mediów i własne zaplecze wyborcze, którzy konsekwentnie przesuwają granicę tego, co można powiedzieć o Ukraińcach w głównym nurcie debaty publicznej.
Problem nie ogranicza się przy tym do środowiska Brauna. W lipcu TVN24 ujawnił wewnętrzny "przekaz dnia" Prawa i Sprawiedliwości dotyczący Ukrainy. Według materiału politycy tej partii mieli zaostrzać przekaz w sprawie Ukrainy również dlatego, że mogło to pomóc w walce o wyborców Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. W części rozsyłanych politykom tez znajdowały się informacje, które redakcja określiła jako nieprawdziwe.
To ważny fakt. Pokazuje, że antyukraińska radykalizacja nie jest wyłącznie spontaniczną reakcją społeczeństwa na realne problemy. Stała się również narzędziem konkurencji wyborczej. Partie widzą, że radykalny przekaz przynosi poparcie i zaczynają rywalizować o tę samą grupę wyborców.
Wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz w lipcu oskarżał Prawo i Sprawiedliwość o przejęcie języka radykalnej prawicy, mówiąc wręcz, że partia "przyjęła dowództwo Grzegorza Brauna nad całą opozycją". To oczywiście ocena politycznego przeciwnika, ale odpowiada ona obserwowanemu przesuwaniu debaty w stronę coraz ostrzejszych komunikatów wobec Ukrainy.
Od słów do realnej agresji
Skutków tej atmosfery nie można już mierzyć wyłącznie liczbą komentarzy w internecie. Według danych policji przywoływanych przez "Rzeczpospolitą" w pierwszym półroczu 2026 roku zgłoszono 180 przestępstw z nienawiści wobec Ukraińców. To około 30 proc. więcej niż rok wcześniej.
W ostatnich miesiącach media opisywały między innymi pobicie ukraińskiego mężczyzny i jego partnerki we Wrocławiu, atak słowny na ukraińskie dziewczynki w autobusie w Bielsku-Białej, napaść na dwie trzynastoletnie Ukrainki w Legnicy oraz przypadek Polaka pobitego w Poznaniu po tym, jak stanął w obronie ukraińskiego dziecka.
Donald Tusk, komentując serię takich zdarzeń, stwierdził, że osoby dopuszczające się ksenofobicznej przemocy działają przeciwko interesowi Polski i na korzyść Rosji oraz polskiego i ukraińskiego nacjonalizmu.
Nie można uczciwie dowodzić, że konkretny polityczny komentarz bezpośrednio spowodował konkretny atak. Można jednak mówić o odpowiedzialności politycznej za tworzenie atmosfery, w której język pogardy wobec całej narodowości jest stopniowo normalizowany. W tym sensie odpowiedzialność środowisk, które od lat świadomie budują poparcie na antyukraińskiej retoryce, nie jest abstrakcyjna.
Prawdziwy spór jest idealnym paliwem dla rosyjskiej dezinformacji
Jednocześnie byłoby błędem uznać, że cały ten proces ma wyłącznie polskie źródła. 14 sierpnia Reuters opisał znaczne nasilenie rosyjskich działań informacyjnych wykorzystujących właśnie polsko-ukraiński konflikt historyczny.
Według analizy Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, przywołanej przez Reuters, po jednej z ostatnich odsłon sporu liczba polskojęzycznych treści antyukraińskich w serwisach społecznościowych wzrosła o ponad 250 proc. Według badaczy część tego wzrostu mogła być sztucznie wzmacniana przez automatyczne konta.
Najważniejszy jest sam mechanizm. Rosyjska operacja informacyjna nie musi wymyślać fałszywego problemu. Znacznie skuteczniej działa wtedy, kiedy wykorzystuje konflikt, który rzeczywiście istnieje.
Analityk cytowany przez Reuters ujął to w prosty sposób: wydarzenie może być prawdziwe, ale jego interpretację narzuca zewnętrzny aktor. Wołyń jest prawdziwą traumą. Spór o ekshumacje jest prawdziwy. Problemy związane z migracją czy importem produktów rolnych są prawdziwe. Wystarczy jednak wybierać wyłącznie najbardziej konfliktowe elementy, wyolbrzymiać je i przedstawiać miliony ludzi jako jedną wrogą grupę.
Radykalni politycy i rosyjska dezinformacja nie muszą przy tym ze sobą współpracować. Wystarczy, że korzystają z tej samej emocji i wzajemnie wzmacniają skutki swoich komunikatów. To właśnie dlatego odpowiedzialności za krajową radykalizację debaty nie można zrzucić na "rosyjskie boty". Bot nie zmusza polskiego parlamentarzysty do używania antyukraińskiego języka.
Stary mechanizm: emocjonalny konflikt przykrywa inne problemy
Jest jeszcze jeden aspekt tej historii. W polityce od wieków działa prosty mechanizm: temat związany z narodową pamięcią, poczuciem krzywdy albo zagrożeniem potrafi całkowicie zdominować debatę publiczną. W tym czasie mniej emocjonalne, skomplikowane i niewygodne problemy schodzą na dalszy plan.
W ostatnich miesiącach zarówno w Ukrainie, jak i w Polsce nagłaśniane są poważne postępowania dotyczące podejrzeń korupcji i nieprawidłowości. Ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne prowadzi kolejne sprawy dotyczące między innymi sektora obronnego i wysokich urzędników. W Polsce Prokuratura Europejska prowadzi między innymi duże postępowanie dotyczące podejrzeń korupcji przy projektach infrastrukturalnych finansowanych ze środków Unii Europejskiej.
Nie mamy dowodów, że polsko-ukraiński konflikt został celowo stworzony przez władzę w Warszawie albo Kijowie właśnie po to, aby ukryć te sprawy. Takiego twierdzenia nie należy przedstawiać jako faktu.
Historia polityki daje jednak wiele przykładów znacznie prostszego mechanizmu: kiedy emocjonalny konflikt już istnieje, bardzo łatwo wykorzystać go do zmiany tematu debaty, mobilizacji własnego elektoratu i odsunięcia uwagi od spraw niewygodnych. Nie potrzebuje to żadnego centralnego spisku. Wystarczy polityczna korzyść.
Konflikt przynosi głosy
W Polsce ta korzyść jest już widoczna. Sondaże pokazują wysokie poparcie zarówno dla Konfederacji, jak i Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Reuters zwraca uwagę, że stosunek do Ukrainy może stać się jednym z istotnych tematów przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku.
To właśnie dlatego odpowiedzialności radykalnej prawicy nie należy rozmywać ogólnym stwierdzeniem, że "społeczeństwo stało się zmęczone Ukrainą". Zmęczenie, problemy ekonomiczne i nierozwiązane spory historyczne są realne. Ale to politycy decydują, czy te emocje próbują łagodzić, czy zamieniają je w narzędzie mobilizacji przeciwko całej grupie narodowej.
W ostatnich miesiącach część polskiej prawicy wybrała tę drugą drogę. Co więcej, presja wyborcza ze strony Brauna i Konfederacji zaczęła wpływać także na retorykę większych ugrupowań. To jeden z powodów, dla których konflikt, który jeszcze kilka lat temu można było prowadzić w ramach trudnego dialogu historycznego, zaczął przenosić się na stosunek do współczesnych Ukraińców mieszkających w Polsce.
Nie cała Polska poszła tą drogą
Jednocześnie byłoby równie nieuczciwe przedstawianie całej polskiej sceny politycznej jako antyukraińskiej. Rząd Donalda Tuska oraz część innych ugrupowań zdecydowanie przeciwstawiają się próbom przekształcania historycznego sporu w konflikt między narodami.
Tusk publicznie nazwał polityczną awanturę między Polską a Ukrainą strategicznym błędem, który szkodzi obu państwom gospodarczo, geopolitycznie i wizerunkowo. Po serii ataków na Ukraińców wezwał również do zakończenia ksenofobicznej przemocy.
Pod koniec lipca Tusk i Wołodymyr Zełenski spotkali się w Lublinie. Rozmawiali jednocześnie o bezpieczeństwie Polski i Ukrainy, rosyjskiej wojnie, dialogu historycznym oraz bezpieczeństwie Ukraińców mieszkających w Polsce. Sam fakt, że rozmowa odbyła się właśnie w czasie bardzo ostrego politycznego sporu, pokazuje różnicę między konfliktem wykorzystywanym wyborczo a próbą jego politycznego rozwiązania.
Można pamiętać Wołyń i pamiętać Zamość
Najgorszym rozwiązaniem byłoby sprowadzenie tej dyskusji do wyboru jednej historii przeciwko drugiej.
Zbrodni wołyńskiej nie wolno relatywizować ani przemilczać. Rodziny ofiar mają prawo do pamięci, ekshumacji i godnego pochówku swoich bliskich. Ukraina również musi mierzyć się z najtrudniejszymi fragmentami własnej historii.
Ale pamięć o Wołyniu nie wymaga zapomnienia o Ukraińcach, którzy w 1920 roku razem z Polakami walczyli przeciwko bolszewikom. Nie wymaga też przenoszenia odpowiedzialności za zbrodnie sprzed ponad 80 lat na ukraińskie dzieci jadące dziś polskim autobusem, pracowników, sąsiadów albo żołnierzy broniących swojego kraju przed Rosją.
Dojrzała pamięć historyczna mieści oba doświadczenia. Wołyń pokazuje, do czego może doprowadzić skrajny nacjonalizm i odczłowieczenie sąsiada. Sojusz Piłsudskiego i Petlury oraz obrona Zamościa pokazują coś przeciwnego: że w obliczu wspólnego zagrożenia Polacy i Ukraińcy potrafili walczyć po tej samej stronie.
Być może właśnie to jest najbardziej wartościowym skutkiem dyskusji wokół tegorocznej defilady. Zamiast pozostać przy pytaniu o jedno zaproszenie, zaczęliśmy ponownie mówić o historii, która przez lata pozostawała w cieniu.
A fakt, że w przeddzień 15 sierpnia prezydent Polski sam przypomniał o Ukraińcach walczących przeciwko bolszewikom, może być sygnałem, że również po stronie polskiej istnieje przestrzeń do przywrócenia równowagi w tej debacie.
Nie wiadomo, czy jest to skutek ostatniej dyskusji, dlatego nie należy tego przedstawiać jako faktu. Można jednak mieć nadzieję, że politycy obu państw zobaczyli już, jak łatwo konflikt historyczny wymyka się spod kontroli i zaczyna pracować na rzecz tych, którzy chcą Polskę i Ukrainę osłabić.
Dziś Rosja ponownie prowadzi wojnę przeciwko niepodległemu państwu w Europie. Ukraińcy giną, zatrzymując rosyjską armię na wschodzie. Polacy służący po stronie Ukrainy walczą razem z nimi. Polska pozostaje jednym z państw najbardziej zainteresowanych tym, aby Rosja tej wojny nie wygrała.
W takiej sytuacji spór między Polakami i Ukraińcami jest czymś więcej niż kolejną internetową awanturą. Prawdziwe problemy trzeba rozwiązywać. Zbrodnie trzeba nazywać zbrodniami. Ale odpowiedzialność polityków zaczyna się tam, gdzie pamięć historyczna przestaje służyć poznaniu prawdy, a zaczyna służyć do budowania wrogości wobec ludzi żyjących tutaj i teraz.
Komentarz