
Spór o MiGi pokazuje różnicę między politycznym hasłem o „technologii dronowej” a wiedzą zdobywaną przez Polaków na ukraińskim froncie.

„Za MiGi musimy żądać technologii dronowej, a nie samych dronów”. To zdanie europosłanki Ewy Zajączkowskiej-Hernik dobrze pokazuje sposób, w jaki część polskiej polityki zaczęła opowiadać o negocjacjach z Ukrainą. Polska ma samoloty, Ukraina ma technologię. My dajemy jedno, oni powinni przekazać drugie. Jeśli tego nie robią, Polska znowu wychodzi na „frajera”.
Problem polega na tym, że współczesna wojna dronowa nie działa jak handel licencją na silnik albo dokumentacją techniczną rakiety. To, co naprawdę daje dziś przewagę na froncie, jest znacznie trudniejsze do zapakowania w jedną umowę: sposób wykorzystania dronów, łączność, walka radioelektroniczna, rozpoznanie, integracja z artylerią, maskowanie operatorów, analiza danych, logistyka i zdolność do modyfikowania sprzętu szybciej niż przeciwnik znajduje na niego odpowiedź.
I właśnie tutaj polityczne hasła zaczynają zderzać się z doświadczeniem Polaków, którzy poznali tę wojnę bezpośrednio na ukraińskim froncie.
Najpierw ustalmy, o jakie MiGi chodzi
Polska już wcześniej przekazywała Ukrainie samoloty MiG-29. Według ustaleń Onetu w 2023 roku trafiło tam 11 sprawnych polskich maszyn oraz trzy kolejne przeznaczone przede wszystkim jako źródło części. Obecny spór dotyczy następnych poradzieckich myśliwców pozostających jeszcze w Polsce.
W czerwcu 2026 roku wiceminister obrony Cezary Tomczyk tłumaczył, że kolejnych maszyn nie przekazano, ponieważ Warszawa powiązała rozmowy z pozyskaniem od Ukrainy kompetencji związanych z systemami bezzałogowymi. Polska chce rozwijać własne zdolności w tej dziedzinie i uzyskać za sprzęt coś, co będzie miało realną wartość dla jej bezpieczeństwa.
Bardzo szybko wokół tej sprawy powstała jednak prostsza opowieść polityczna. Poseł PiS Arkadiusz Czartoryski mówił 15 czerwca o „klęsce polskiej polityki wobec Ukrainy” i „katastrofie”. Przekonywał, że Kijów lekceważy Warszawę i znacznie chętniej współpracuje z Niemcami, Francją czy Wielką Brytanią.
2 lipca poseł PiS Michał Kowalski mówił już o polskim „honorze”, „dumie” i potrzebie „wystawienia rachunku” Ukrainie. 18 sierpnia Ewa Zajączkowska-Hernik pytała natomiast: „Jak długo jeszcze będziemy robić za frajerów Ukrainy?” i deklarowała zakończenie roli Polski jako „bankomatu dla Ukrainy”. Jednym z jej konkretnych żądań było uzyskanie za MiG-i „technologii dronowej, a nie samych dronów”.
Tyle że negocjacje wyglądały znacznie mniej efektownie
Ustalenia Onetu mocno komplikują opowieść o prostym układzie, w którym Polska oferuje dobre samoloty, Ukraina obiecuje technologię, a następnie nie dotrzymuje słowa.
Według rozmówców redakcji ukraińscy specjaliści, którzy oglądali pozostające w Polsce maszyny, ocenili, że są one mocno wysłużone. Zastrzeżenia miał budzić między innymi stan podwozia. Ukraina nadal była zainteresowana ich przejęciem, ale miała oczekiwać wcześniejszych prac remontowych i modernizacyjnych. Warszawa nie zaakceptowała takiego rozwiązania.
Jeszcze ciekawszy jest drugi element tych ustaleń. Jeden z rozmówców Onetu twierdził, że sama polska strona miała problem z precyzyjnym określeniem, czego właściwie oczekuje od Ukrainy. „Technologie dronowe” są pojęciem tak szerokim, że można pod nim rozumieć konstrukcję płatowca, elektronikę, system sterowania, łączność, sensory, oprogramowanie, walkę radioelektroniczną, dane z pola walki albo procedury zastosowania.
Pod koniec lipca rozmowy zresztą nie były definitywnie zakończone. Ukraina ponownie deklarowała zainteresowanie maszynami. W sierpniu pojawiły się również informacje, że negocjowany pakiet może obejmować różne typy dronów oraz ukraińskie know-how, czyli wiedzę dotyczącą ich rzeczywistego wykorzystania.
To zupełnie inna rozmowa niż polityczne hasło „dajcie nam technologię”.
Co właściwie miałoby znajdować się w tej „technologii”?
Można oczywiście przekazać konstrukcję płatowca. Można sprzedać licencję, udostępnić dokumentację anteny, głowicy optycznej, autopilota albo systemu naprowadzania.
Tyle że doświadczenia Ukrainy pokazują, że sam produkt jest tylko jednym elementem znacznie większego systemu.
Liczy się sposób przesyłania obrazu. Częstotliwości używane do sterowania. Odporność na zakłócenia. Anteny. Retransmisja sygnału. Oprogramowanie. Integracja rozpoznania z artylerią. Sposób organizowania stanowiska operatora. Jego maskowanie przed rozpoznaniem przeciwnika. Procedury zmiany lokalizacji. Analiza informacji z wielu dronów jednocześnie. Łączenie ich danych z systemami dowodzenia.
Do tego dochodzi jeszcze jedno: wszystkie te elementy stale się zmieniają.
Piotr Mitkiewicz: kilka miesięcy i trzeba ponownie uczyć się frontu
Piotr Mitkiewicz jest jednym z Polaków, którzy mogą mówić o tym z własnego doświadczenia. Do ukraińskich sił zbrojnych dołączył w maju 2022 roku. Służył w Międzynarodowym Legionie, zajmował się między innymi rozpoznaniem i działaniami bojowymi, a później trafił do struktur ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, gdzie zdobywał doświadczenie związane z wykorzystaniem dronów FPV.
W rozmowach z polskimi mediami zwracał uwagę, że wojna praktycznie co kilka miesięcy wygląda inaczej. Zmieniają się odległości pomiędzy pozycjami, znaczenie poszczególnych rodzajów uzbrojenia, sposoby maskowania, minowania, rozpoznania i wykorzystania bezzałogowców.
Jego jedna z najważniejszych obserwacji jest prosta: człowiek, który wyjedzie z frontu na kilka miesięcy, po powrocie musi ponownie dostosować się do aktualnej sytuacji.
Nie dlatego, że zapomniał, jak pilotuje się drona. Dlatego, że zmieniło się środowisko, w którym ten dron musi działać.
Dron za kilka tygodni może wymagać przebudowy
Mitkiewicz zwraca także uwagę, że nawet bardzo skuteczne rozwiązanie może spotkać się z odpowiedzią przeciwnika w ciągu kilku tygodni.
Pojawia się nowy sposób zakłócania łączności. Operatorzy przechodzą na inne częstotliwości. Nowa częstotliwość wymusza zmianę anten. Przeciwnik zaczyna wykrywać miejsce startu albo transmisję. Trzeba zmienić sposób przesyłania danych lub lokalizację operatora. Po pewnym czasie druga strona reaguje ponownie.
Z tego powodu sprzęt, którego nie można szybko modyfikować, może być na prawdziwym froncie problemem. W warunkach bojowych możliwość wymiany elementu, zmiany anteny czy przebudowania systemu komunikacji może być ważniejsza niż zgodność z pierwotną konfiguracją producenta.
Dron trzeba więc traktować nie tylko jak urządzenie latające. Jest platformą będącą częścią większego systemu komunikacji, rozpoznania i walki.
Borys Romanko: najpierw była teoria
Borys Romanko ma za sobą służbę w polskiej Marynarce Wojennej, sześć lat w jednostce Formoza oraz doświadczenie w Wojskach Obrony Terytorialnej. Do Ukrainy pojechał w 2022 roku jako instruktor.
Najpierw prowadził szkolenia ogólnowojskowe. Później przeszedł szkolenie związane z bojowym wykorzystaniem dronów i sam zaczął szkolić kolejnych ludzi. Dopiero później znalazł się z bezzałogowcem na froncie, między innymi w rejonie Sołedaru.
Swoje doświadczenie podsumował bardzo krótko: do pierwszego wyjazdu na front była to teoria. Tam zaczęła się praktyka.
Ta praktyka nie dotyczy tylko sterowania. Operator musi wiedzieć, gdzie ustawić stanowisko, jak ograniczyć jego widoczność, skąd może zostać wykryta emisja radiowa, jak często zmieniać lokalizację i jak reagować, gdy przeciwnik zaczyna polować właśnie na operatorów dronów.
Romanko opisywał ostrzały stanowisk, próby wykrywania operatorów oraz minowanie tras, którymi poruszały się ich zespoły.
Tego rodzaju wiedzy nie dostarcza instrukcja obsługi urządzenia.
Sebastian Kuczyński: polski snajper przesiada się na FPV
Jeszcze inną drogę przeszedł Sebastian „Łysy” Kuczyński, wcześniej żołnierz 1. Podlaskiej Brygady Obrony Terytorialnej, strzelec wyborowy i operator przeciwpancernego systemu Javelin.
Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny uzyskał zgodę na służbę w Siłach Zbrojnych Ukrainy. W latach 2023-2024 służył w ukraińskiej 24. Brygadzie Zmechanizowanej jako operator dronów rozpoznawczych i uderzeniowych FPV. Brał udział w działaniach na Donbasie, między innymi w rejonie Niu Jorku, Torecka i Czasiw Jaru.
Jego historia pokazuje jedną z największych zmian współczesnego pola walki. Kuczyński wcześniej specjalizował się między innymi w strzelectwie wyborowym, ale na ukraińskim froncie ogromną część tej przestrzeni zaczęły przejmować bezzałogowce.
Artyleria, obserwacja z powietrza i drony uderzeniowe sprawiają, że żołnierze znacznie rzadziej pozostają długo wystawieni na otwartej przestrzeni. Jednocześnie FPV może dolecieć do celu znajdującego się poza bezpośrednią linią widzenia strzelca.
Po powrocie do Polski Kuczyński zaangażował się w projekt Bad Hornet, którego jednym z celów jest przekazywanie doświadczeń bojowych związanych z wykorzystaniem bezzałogowców.
I tutaj pojawia się element, którego w sporze o MiGi prawie nie widać: część transferu wiedzy z Ukrainy do Polski już trwa. Nie zawsze przyjmuje formę międzyrządowej umowy. Czasem wraca razem z człowiekiem, który przez rok widział, co naprawdę działa pod rosyjskim ostrzałem.
Polak w HUR: doświadczeniami trzeba się stale wymieniać
Defence24 rozmawiało również z Polakiem przedstawionym jako Robert, służącym w ukraińskim wywiadzie wojskowym HUR.
Jego opis współczesnego pola walki pokazuje skalę zmiany. FPV nie są już używane tylko przeciw pojazdom i dużym celom. Atakują pojedynczych żołnierzy, wlatywać mogą do okopów i schronów, uderzają w logistykę. Bezzałogowce mogą również zrzucać miny na drogi oraz obserwować trasy przemieszczania się ludzi i sprzętu.
Przed ruchem jednostki analizują aktywność dronów przeciwnika i szukają momentów, w których można przemieszczać się z mniejszym ryzykiem. Samo przemieszczanie stało się więc częścią wojny dronowej.
Robert zwraca przy tym uwagę na mechanizm, który trudno nazwać jedną „technologią”: żołnierze posiadają różne doświadczenia i stale się nimi wymieniają.
To właśnie taka sieć wiedzy pozwala szybko dowiedzieć się, że rozwiązanie skuteczne miesiąc temu przestało działać i zostało zastąpione czymś nowym.
Pięć dni. Tak szybko może zmieniać się technologia pola walki
Najmocniejsze potwierdzenie tej logiki nie pochodzi jednak od żadnego ochotnika.
17 lipca 2025 roku Cezary Tomczyk mówił w Senacie o tempie zmian technologicznych obserwowanych w Ukrainie. Według jego wypowiedzi wcześniej cykl pojawienia się nowej techniki i przygotowania przez przeciwnika odpowiedzi trwał około dwóch lub trzech tygodni. W momencie jego wystąpienia ewolucja rozwiązań na polu walki miała odbywać się już mniej więcej w cyklu pięciodniowym.
Wiceminister wskazywał przy tym na absurd klasycznych procedur, w których zakup rozwiązania technicznego może trwać rok albo dwa lata.
Jeśli przeciwnik potrzebuje kilku dni lub kilku tygodni na opracowanie skutecznego kontrrozwiązania, sprzęt wybrany w tradycyjnym wieloletnim postępowaniu może odpowiadać na potrzeby, które dawno przestały istnieć.
To właśnie dlatego Ukraina jest dla państw NATO czymś znacznie ważniejszym niż wystawą nowego uzbrojenia. Jest miejscem, gdzie można obserwować cały cykl: pomysł, produkcję, wdrożenie, użycie bojowe, odpowiedź przeciwnika, modyfikację i ponowne użycie.
Polski MON zaczyna zmieniać sposób działania
W kwietniu 2026 roku podczas testów nowych rozwiązań dla programu Tarcza Wschód Cezary Tomczyk mówił już wprost, że „rewolucja dronowa dzieje się na naszych oczach” i Polska nie może pozostawać obok wielkiej lekcji płynącej z Ukrainy.
Za tym stwierdzeniem zaczęły iść konkretne działania. MON informował o ponad 715 zgłoszeniach innowacyjnych rozwiązań przesłanych do resortu. Do kwietnia 36 z nich zostało przetestowanych w warunkach mających możliwie mocno przypominać realne działania.
Testowano nie tylko same drony. Sprawdzano również rozwiązania do ich wykrywania, systemy akustyczne, elementy walki radioelektronicznej i technologie potrzebne do ochrony infrastruktury programu Tarcza Wschód.
Według MON w 2026 roku na bezzałogowce i systemy antydronowe mają zostać przeznaczone dziesiątki miliardów złotych ze środków krajowych oraz europejskiego programu SAFE.
To znacznie lepiej pokazuje charakter współczesnej rewolucji niż zakup jednego typu „cudownego drona”. Potrzebny jest cały ekosystem sensorów, zakłócania, komunikacji, autonomii, rozpoznania, produkcji i szybkiego testowania kolejnych rozwiązań.
Polityka potrzebuje znacznie prostszej historii
Problem polega na tym, że pięciodniowy cykl innowacji jest kiepskim materiałem na polityczny slogan.
Znacznie łatwiej powiedzieć: daliśmy MiGi, oni mieli dać technologię, nie dali, więc nas oszukali.
Do tego łatwo dołączyć „honor”, „dumę”, „bankomat”, „frajerów” oraz istniejące już spory dotyczące Wołynia, UPA, uchodźców i skali polskiej pomocy.
W ten sposób techniczna dyskusja o tym, czego Polska potrzebuje od Ukrainy w zamian za wycofywany sprzęt, może błyskawicznie zamienić się w kolejną opowieść o niewdzięcznej Ukrainie wykorzystującej naiwną Polskę.
Ministerstwo Cyfryzacji ostrzega przed bardzo podobnym schematem
Nie oznacza to, że krytyka Ukrainy jest rosyjską propagandą. Nie ma również podstaw, aby z samej ostrej wypowiedzi polityka wyciągać wniosek, że działa on na rzecz Rosji.
Można jednak sprawdzić, jakie narracje rosyjskie i prorosyjskie ośrodki uznają za użyteczne.
Ministerstwo Cyfryzacji w analizie dotyczącej dezinformacji w polskiej infosferze wskazywało między innymi na przekazy mające osłabiać społeczne poparcie dla współpracy Warszawy i Kijowa, przedstawiać Ukrainę jako niewiarygodnego partnera oraz podważać zasadność polskiej pomocy wojskowej.
Resort informował również, że podobne narracje były wzmacniane przez prorosyjskie, rosyjskie i białoruskie polskojęzyczne ośrodki propagandowe.
To ważne rozróżnienie. Polska ma pełne prawo twardo negocjować z Ukrainą, żądać wzajemności, chronić własne interesy, rozliczać zawarte umowy i krytykować działania Kijowa.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy złożona rzeczywistość zostaje zastąpiona gotowym schematem: Ukraina jest niewdzięczna, Polska została wykorzystana, pomoc jej szkodzi Polsce, więc należy ograniczyć współpracę.
Rosyjska operacja informacyjna nie wymaga przecież, aby rosyjski propagandysta osobiście pisał przemówienie polskiemu politykowi. Znacznie skuteczniejsza jest sytuacja, w której korzystna dla Moskwy interpretacja zaczyna samodzielnie funkcjonować w wewnętrznym sporze politycznym.
Prawdziwa „technologia” wraca z frontu razem z ludźmi
W sporze o MiGi łatwo przeoczyć najciekawszą część całej historii.
Polska już otrzymuje z Ukrainy wiedzę o wojnie dronowej.
Przywożą ją ludzie tacy jak Mitkiewicz, Romanko czy Kuczyński. Inni Polacy nadal zdobywają doświadczenie w ukraińskich formacjach. Polscy producenci obserwują wykorzystanie systemów bezzałogowych w realnych warunkach. Wojsko testuje nowe rozwiązania, a MON próbuje skracać drogę pomiędzy pomysłem, poligonem i wdrożeniem.
Nie oznacza to oczywiście, że Polska nie powinna negocjować dostępu do ukraińskich konstrukcji, dokumentacji, danych czy własności intelektualnej. Powinna, szczególnie jeśli za wycofywany sprzęt wojskowy może uzyskać kompetencje wzmacniające własny przemysł obronny.
Ale sprowadzenie całej sprawy do hasła „MiGi za technologię dronową” pokazuje, jak łatwo pomylić produkt z kompetencją.
Najcenniejszym elementem ukraińskiego doświadczenia może bowiem nie być konkretny dron używany dzisiaj.
Może nim być wiedza, dlaczego ten dron za tydzień przestanie działać i jak zbudować następny, zanim przeciwnik zdąży wykorzystać przewagę.
Właśnie ta zdolność szybszego uczenia się może być dla bezpieczeństwa Polski znacznie ważniejsza niż polityczny spór o kilkanaście wysłużonych MiG-ów.
Komentarz